grzegorz.glowaty.net » Relacja z wyprawy do Turcji


Relacja z wyprawy do Turcji

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

2005.10.04 Dzień 10 wtorek

Wstajemy o 7:30, ale nasz gospodarz - Mustafa - jeszcze śpi. Tak więc pakujemy się i już spakowani jemy śniadanie, które kończymy około 9-tej. Początkowo plan jest taki, żeby pojechać stopem do wąwozu Ihlara (ok. 100 km), ale po 20 minutach stania na wylocie z Goreme rezygnujemy z planu. Wcześniej kupiliśmy bilety do Olimposu, które stargowałem na 33YTL za każdy. Na szczęście można było płacić kartą, bo nie uśmiechało mi się wymienianie pieniędzy po ich zbójeckich kursach w Goreme. Nowy plan jest taki, żeby eksplorować Dolinę Białą, a później okolice skansenu Goreme. Żeby wejść do doliny trzeba najpierw podejść niemal pod sam Uchisar, co też czynimy. Droga w dolinie jest dobra, ale taka jakby mało uczęszczana. Parę razy jesteśmy zmuszeni do rzeczy w stylu “chodzenie po drągu” albo przeskakiwanie kamiennych płotów. Poruszamy się jednak dość sprawnie, ale… do czasu. Trafiamy na miejsce pełne największych winogron jakie tu widziałem.

Dziwne jest to, że w ogóle nie oberwanych. Po chwili to przestaje być dziwne, bo okazuje się, że żeby iść dalej trzeba zejść z około 5-metrowego kamiennego murka. Wszystkie próby pokonania murka łącznie z “przyginaniem pobliskiego drzewa” spełzają na niczym. Wyjścia są dwa, albo wycofać się do początku doliny, albo wspiąć się na którąś z jej ścian. Wspinaczka jednak nie jest taka prosta, próbujemy trzy różne drogi. Michał zaczyna się wracać do początku doliny, a to kawał drogi. Ja nie daję za wygraną i znajduję drogę na górę po ścianie. Wołam Michała, który dość niepewnie zaczyna się wspinać. Kiedy jest już prawie na samej górze odwracam się, żeby sięgnąć po aparat i słyszę jakiś łomot. Patrzę, a Michał leży jak długi na ścianie i trzyma się… trawy.

Rzucam plecak, aparat i złażę go wyciągać. Uratowani ;) Robimy krótki popas z postanowieniem znalezienia innej drogi na dno. Udaje się jakieś 500m dalej. Dalsza część Doliny Białej odbywa się bez przygód, bo okazuje się, że dołączyła do niej “turystyczna” odnoga, a myśmy brnęli tą “hardkorową” :) Po wyjściu łapiemy stopa do Goreme.

Idziemy zgrać zdjęcia z aparatu. Człowiek, który zgrywa, rozpoznaje na jednym ze zdjęć skałę stojącą ponad Sevin Rocks. Mówi, że to był kiedyś jego dom, że urodził się tam jego dziadek, jego ojciec i on. Ojciec pracował w Ankarze i pewnego dnia przyjechał do Goreme. Powiedział, że chce się przespać w starym domu i tam umarł. Skała jest teraz ruiną, a on ma zatarg ze swoim bratem, ale chciałby kiedyś ją odbudować. Jest nauczycielem geografii. Rano w sklepie miała miejsce ciekawa sytuacja. Braliśmy dwa jogurty i na pytanie ile płacimy gość powiedział, że 1.5YTL. Na co my chórem: “1.5 YTL????”. Gość strasznie zaskoczony dał nam jeszcze chleb, o który wcześniej prosiliśmy i powiedział: “1″. Musiała go dopaść jakaś pomroczność, bo normalnie to powinno kosztować 1.75YTL :) Dobra bezczelność nie jest zła. Drugi raz jednak numer ten w innym sklepie nie przeszedł. Płacę 1YTL za chleb i jogurt. Ruszamy do skansenu Goreme, wstęp 12YTL. Nie wchodzimy. Okazuje się, że żeby zwiedzić najstarszy kościół, który jest przed skansenem trzeba mieć bilet ze skansenu. Zaczynamy polowanie na używany bilet, żeby przechytrzyć strażnika, jednak ten ma nas na oku, więc rezygnujemy. Decydujemy się iść dalej w górę i wrócić doliną, którą kiedyś pokazał nam gospodarz na mapie. Wchodzimy do dolinki, ale nie wygląda na uczęszczaną. Zaśpiewuję sobie “popod turnie popod lasy” i gdy jestem na “…bedom pasać łowce…” znad naszych głów rozlega się “where are you going??!” zdziwionego Turka. Na co my, że do doliny, on pyta, czy do Czerwonej? A my, że Czerwoną już widzieliśmy i że do tej. On mówi, że ta jest “hard, but panoramic” (to powiedzenie będzie nam towarzyszyć od tego momentu już we wszystkich naszych wyprawach). To, że “hard”, to okazuje się już po 100m gdy zauważyliśmy, że nie wzięliśmy maczety do karczowania krzaków. I znowu ewakuacja po ścianie, tym razem bez przygód, jeśli nie liczyć gniazda os po drodze. Ale z góry to faktycznie “panoramic”. W ogóle Turcy są tutaj bardzo mili. Wcześniej spotkaliśmy dziadka z osiołkiem, który koniecznie chciał nam pozować do zdjęć, a później zaczął wypakowywać swoje tobołki, żeby nas obdarować. Jednak my widząc, że ma to wszystko dość mocno spakowane daliśmy mu do zrozumienia, że nie trzeba. Nie dał jednak za wygraną i nazrywał nam po drodze winogron. Zachód słońca oglądamy z brzegu doliny, a później łapiemy stopa do Goreme.

Na miejscu mamy jeszcze trochę czasu do odjazdu. W knajpie z wczoraj sączymy herbatę, żeby pograć sobie w backgammona. Po kilku partyjkach wracamy do Sevin Rocks po plecaki i zmykamy na przystanek. Autobus o 22:00. O 21:30 na przestanku przychodzi mi do głowy, żebyśmy weszli do środka, bo robi się zimno. Gość z biura zdziwiony naszym widokiem (jeszcze nie wiem dlaczego). Prosi, żebyśmy pokazali mu bilet. Pokazujemy i już wiadomo skąd jego zdziwienie - rano wypisał nam bilety na jutro i jest święcie przekonany, że takie chciałem. Wyjaśniamy, że musimy jechać dzisiaj. Gość wykonuje około 10 telefonów i okazuje się, że w autobusie na dzisiaj nie ma już żadnych wolnych miejsc. Mówi, że jeśli znajdziemy bilet w innej firmie on odwoła moją transakcję kartą. Tak czy inaczej nie mamy gotówki. Mówię Michałowi, żeby wymienił bo znajdziemy w firmie Metro bilet. Michał idzie wymienić, a gość z kartą próbuje wycofać transakcję. Nie udaje mu się to i mówi, że może to zrobić jutro. 66YTL piechotą nie chodzi więc wołam Michała, żeby nie wymieniał pieniędzy bo to już nie ma sensu, bo nie wierzę, że gość jutro odwoła transakcję skoro mu się dzisiaj nie udało. Jednak Michał jest już za daleko i nie słyszy. Po chwili wraca z gotówką, która jest nam zupełnie niepotrzebna. Ostatnia deska ratunku to to, żeby gość z Metro sprzedał nam bilety na kredyt, który mu spłaci gość z Kenta (ten co nie może odwołać transakcji) jutro (bo dziś nie ma w kasie żadnej gotówki, inaczej nam by ją dał). Na początku się nie udaje, bo gość z Metro nie chce w ogóle rozmawiać z konkurencją. Za drugim razem udaje mi się go ubłagać. Daje nam bilety do Antalyi warte 60YTL. Jesteśmy 6YTL w plecy, ale mogło być gorzej. Transakcję finalizujemy o 21:55. Kupujemy, jak się później okazuje, dwa ostatnie miejsca w autobusie. Autobus przyjeżdża trochę spóźniony. W środku steward - o posturze i facjacie neandertalczyka nie zna ani słowa po angielsku. Jest tam też jego kuzyn, który jest bardzo rozmowny. Obaj działają nam strasznie na nerwy - mnie steward, Michałowi - kuzyn. Przed nami siedzi para Niemców, która udziela nam wskazówek dotyczących dojazdu do Olimposu i samego pobytu, m.in. o tym jak omijać opłatę w ruinach greckiego miasta, przez które prowadzi jedyna droga na plażę. Wskazówki te na miejscu okażą się być bardzo cenne. Zasypiam. Strasznie mało miejsca na nogi. Nie lubię firmy Metro.

Nawigacja: poprzednia strona « » kolejna strona

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

6 komentarze(y) do “Relacja z wyprawy do Turcji”

  1. Super się czyta!! Bardzo fajny opis podróży, aż się chce pojechać do Turcji. Szkoda tylko, że tak mało zdjęć….

  2. Nieco więcej zdjęć znajduje się w podlinkowanej galerii. Zapraszam!

  3. hej! jaki był m.w. koszt Waszej wyprawy w EUR? wydaje mi się, że operowaliście środkami w podobny sposób jak ja bym to zrobiła.biorę oczywiście poprawkę na różnicę dwóch lat..
    BTW: relacja bardzo fajna ;), zdjęcia ludzi-szacunek :))))!

  4. Witam. Nie bylo to wiecej niz 300-350 euro (wraz z dojazdem). Nie pamietam juz w tej chwili, ale stawiam na okolo 300 euro. Wiekszosc cen jest w relacji, wiec latwo jest skalkulowac. Wez jednak pod uwage, ze mielismy maksymalnie budzetowy dojazd :)

  5. no wiem;) mniej więcej w podobny sposob jechałam na Krym i dało rade!
    Serdeczne dzieki za informacje. Mam nadzieje, ze moja relacja za pare miesiecy też bedzie taka ciekawa :)

  6. Powodzenia. Daj znac, gdzie bedzie mozna poczytac!

Wypowiedz się!