Relacja z wyprawy do Turcji
Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18
2005.10.12 Dzień 18 środa
W nocy budzę się zaraz przed wjazdem na prom, który ma nas przewieźć przez Morze Marmara. Tak jest szybciej niż objeżdżać morze dookoła. Kolejka na prom ogromna, a w okół mnóstwo innych autobusów. W końcu dostajemy się na prom, jako ostatni w tej turze. Na początku mam trochę obaw, bo nie zwykłem przemieszczać się środkami pływającymi, jednak po chwili prom rusza do przodu nadzwyczaj gładko i niespodziewanie szybko. Podczas rejsu zasypiam i budzę się już kiedy dobijamy do brzegu w okolicach Stambułu, ciągle w azjatyckiej stronie Turcji. Na dworzec docieramy na 7:30. Jedziemy darmowym busikiem (wliczonym w cenę biletu) na Sultanahmet, a tam do Murata i Torosa dowiedzieć się o ceny. W Torosie gadają ze mną po rosyjsku i mam wrażenie, że gadam z ruską mafią (biorą pod uwagę numery jakie ci goście robią na granicach z przemytem, pewnie się wiele nie mylę). Chcą 50$ i nie chcą zejść niżej (i tak już zeszli z 55$). Idziemy do Murata, tam to samo, na początku 55$, po targu 50$. Robię jeszcze myk z przeliczeniem na YTL i zyskujemy jeszcze po krótkim targu 1,5YTL na łebka :). Zostawiamy bagaże w Muracie (gość je wynosi natychmiast na niepilnowaną stertę przed biuro
). Pytam się babki czy to będzie “safe”. Odpowiedź jest: “not safe, not safe, no problem”. OK. Niewiele nas w sumie tu jeszcze dziwi. Muszę przed wyjazdem jeszcze kupić tanią planszę do backgammona, ale nie taką z cepelii na Wielkim Bazarze, tylko taką normalną tanią planszę do grania. Zagaduję na ulicy gościa, który przed chwilą chciał mi sprzedać kurtkę :). On mówi, że mamy szukać “tartura le” czy coś w tym stylu, pokazuje z grubsza kierunek, w którym mamy iść i mówi, żebym pytał ludzi o to miejsce. Idziemy więc i pytamy, a każdy zapytany wskazuje precyzyjnie kierunek. Na szczęście w miarę ten sam. Dochodzimy do uliczki kilka przecznic od Wielkiego Bazaru. Pytam ostatniego gościa i… voila. Znaleźliśmy sklep dla szulerów. Kraina tanich backgammonów. Ładna lakierowana plansza za 10YTL, na Wielkim Bazarze za tą cenę miałbym miniaturkę planszy. Zmierzamy do restauracji, w której jadaliśmy 2 tygodnie temu. Trochę nas rozczarowuje, jemy i zmykamy. Przysiadamy na skwerze niedaleko Divanolu i na ławce pożeramy część prowiantu od Oyi.
Okazuje się, że Muratem jeżdżą rumuńscy przemytnicy tekstyliów, co widać po objętości bagaży kłębiących się pod drzwiami. Także ubiór towarzystwa nie pozostawia złudzeń. Każdy ma na sobie kilka warstw ubrań, przede wszystkim skóry :). Jeszcze tylko wydajemy ostatnie liry na pistacje i pakujemy się do busika, który nas ma dowieźć do właściwego autobusu. Busik jest tak zawalony bagażami, że z trudem jedzie. Nie jedzie jednak na otogar, ale na jakiś parking, skąd zwykle startują i Murat i Toros i jeszcze parę innych firm. Z nikim nie idzie tu się dogadać po angielsku, a już zwłaszcza z naszą pilotką. Udaje się nam jakoś jednak trafić do właściwego autobusu i jedziemy do domu. W autobusie wszyscy dookoła nas palą jak lokomotywy. Pilotka nas zlewa i taki jest niefajny klimat. Po chwili jednak zaczynamy gadać ze współpasażerami po łamaną angielszczyzną, na co z przodu wstaje gruby wąsacz i mówi, żebym mówił do niego po polsku. Okazuje się, że swojego czasu przehandlował sporo na stadionie X-cio lecia i jego polski jest całkiem w porządku. Resztę podróży porozumiewamy się z jego pomocą z resztą autobusu. Pomaga też nam zrozumieć co się wkoło dzieje, a dzieje się sporo. Granica turecko-bułgarska przechodzi bez większych przygód. Autobus się powoli rozkręca, kierowca jedzie jak szalony, a pilotka ni stąd ni zowąd zaczyna zbierać bilety. Nie chcę jej dać naszych w obawie, że “zapomną”, że są to bilety do Suczawy, a nie do Bukaresztu, ale obiecuje, że zaraz odda, a bilety są jej potrzebne do przeprowadzenia losowania wśród pasażerów. Do wygrania złoty łańcuszek, butelka szampana i… zegar ścienny Murata :). To by było coś, jednak nie wygrywamy nic. Podczas loterii kierowca włączył w autobusie jakiś stroboskop i jest jak na porządnym disco. Oczywiście wszystko podczas jazdy :). Klimat mi się podoba. Dojeżdżamy do granicy bułgarsko-rumuńskiej. Dzielę się z autobusem grobową wieścią, którą właśnie dostałem od Basi, że Polska przegrała z Anglią 1:2. Sąsiedzi wspominają Bońka i oznamiają, że Rumunia przegrała 2-gie miejsce w grupie z Czechami jednym punktem. Współczujemy sobie nawzajem i w atmosferze wzajemnego zrozumienia idziemy spać. Granica już blisko.
Nawigacja: poprzednia strona « » kolejna strona
Super się czyta!! Bardzo fajny opis podróży, aż się chce pojechać do Turcji. Szkoda tylko, że tak mało zdjęć….
osito1963 dodał komentarz 29 sierpnia 2007 o 11:37
Nieco więcej zdjęć znajduje się w podlinkowanej galerii. Zapraszam!
Greg dodał komentarz 29 sierpnia 2007 o 11:39
hej! jaki był m.w. koszt Waszej wyprawy w EUR? wydaje mi się, że operowaliście środkami w podobny sposób jak ja bym to zrobiła.biorę oczywiście poprawkę na różnicę dwóch lat..
BTW: relacja bardzo fajna ;), zdjęcia ludzi-szacunek :))))!
ola dodał komentarz 31 października 2007 o 18:03
Witam. Nie bylo to wiecej niz 300-350 euro (wraz z dojazdem). Nie pamietam juz w tej chwili, ale stawiam na okolo 300 euro. Wiekszosc cen jest w relacji, wiec latwo jest skalkulowac. Wez jednak pod uwage, ze mielismy maksymalnie budzetowy dojazd
Greg dodał komentarz 1 listopada 2007 o 12:03
no wiem;) mniej więcej w podobny sposob jechałam na Krym i dało rade!
Serdeczne dzieki za informacje. Mam nadzieje, ze moja relacja za pare miesiecy też bedzie taka ciekawa
ola dodał komentarz 1 listopada 2007 o 13:17
Powodzenia. Daj znac, gdzie bedzie mozna poczytac!
Greg dodał komentarz 1 listopada 2007 o 13:32