Władca Pierścieni - Drużyna Pierścienia… revisited

Po kilku dobrych latach oczekiwania i zapowiedzi, w 2001 roku, ukazała się filmowa wersja Drużyny Pierścienia. Obiecywałem sobie bardzo dużo, bo chyba zawsze tak jest, jeśli temat jest znany na wylot, a w głowie już czeka gotowa wizja jak to wszystko powinno wyglądać. Z drugiej strony pamiętam, że dręczyły mnie wielkie obawy, czy nie wyjdzie z tego jakaś wielka profanacja. Pamiętam, że po projekcji miałem mocno mieszane uczucia. Z jednej strony świat został oddany doskonale, te krajobrazy, wnętrza, wszystko pasowało do wizji w głowie. Z drugiej, ominięte znaczące części fabuły, dodane jakieś bzdurne wątki i dialogi, których nie było, pozostawiały pewien niesmak. Przez siedem lat moje podejście do tego filmu było właśnie takie nieokreślone. W międzyczasie popełniłem autorskie napisy do tej części, bo wkurzała mnie amatorskość pierwszych tłumaczeń. W sumie w kinowych napisach wychwyciłem też kilka błędów. To tylko świadczy o tym, że do tematu podchodziłem dość “religijnie”. Do kolejnych części mój stosunek był już znacznie luźniejszy. Może dlatego, że wiedziałem, że z wyżej wymienionych powodów arcydzieła z tego nie będzie. Dlatego tutaj skupiam się tylko na drużynie. Ale dlaczego dzisiaj, po siedmiu latach…

Ano dlatego, że właśnie wczoraj na krakowskich Błoniach odbył się pokaz Drużyny Pierścienia w wielkim plenerowym kinie, na gigantycznym ekranie. Nic by nie było w tym specjalnego, gdyby nie to, że ścieżka dźwiękowa wykonywana była przez ponad trzystu muzyków. Orkiestra i chóry doskonale spisały się w oddaniu klimatu wyczarowanego przez Howarda Shore’a. Chwilami aż ciężko było uwierzyć, że ta muzyka powstaje tu i teraz, na naszych oczach, a nie jest puszczona z filmowej płyty.

Właśnie w tym otoczeniu postanowiłem skupić się nie na rozmienianiu filmu na drobne, ale na odebraniu go jako całości. I stało się, po siedmiu latach akceptuję Drużynę Pierścienia. Ciągle brakowało mi Toma Bombadila, ciągle raziły mnie bez sensu dodane sceny (jakby sam Tolkien nie wypełnił fabuły dostatecznie gęsto), ciągle kłuły w oczy uproszczenia i skróty. Było jednak kilka scen, które zostały zagrane naprawdę dobrze. Było kilka prób przekazania targających bohaterami emocji i były to próby udane. No i była doskonała muzyka.

Niedługo Hobbit. Ma się ukazać w dwóch częściach. Jest nadzieja, że pozwoli to uniknąć uproszczeń i skrótów. Hobbit to historia prosta i niedługa, jednak z bogatym tłem, które mając do dyspozycji dwie części filmu, powinno udać się przedstawić. Na koniec mocna kulminacja - Bitwa Pięciu Armi. Znowu mam duże nadzieje i tym razem trochę mniejsze obawy. Pożyjemy, zobaczymy ;)

Wypowiedz się!